przekształcanie rzeczywistości w poszukiwaniu człowieka - mój osobisty teatr.
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

czwartek, 15 stycznia 2009
wtorek, 02 grudnia 2008
czuję się bardzo dziwnie czytając Konstytucję Królestwa Polskiego z 1815 roku (niech zyją Wikiźródła). mam silne wrażenie, że to jakiś współczesny akt prawny. i trochę ciary mnie przechodzą.
poniedziałek, 24 listopada 2008
niedziela, 23 listopada 2008

z 28 października 2008

Ależ ci studenci to mają ciężkie życie. Ależ ci co pracują mają ciężkie życie. I na emeryturze wcale sobie nie odpoczywają, jeśli dociągną. Czy wszystko musi być takie trudne? Dlaczego by sobie nie ułatwić?

Ale zaraz, oni sami ten los dla siebie wybierają. Chcą czegoś, co wymaga od nich właśnie takiej pracy. Czy mają prawo narzekać? Zwłaszcza, jeżeli udaje im się osiągnąć pożądany rezultat. Nie, nie mogą się skarżyć. Nie mają prawa. Inaczej życie staje się udręką. Nie tylko ich. A jak powiedział Finch Hatton z „Pożegnania z Afryką” narażać się można, póki narażasz tylko siebie.

Teraz, najistotniejszym wielkim pytaniem jest to, czego ja chcę. Postawiona wobec wielu faktów, pozbawiona wpływu na nie, wreszcie tu mam możliwość wyboru. Godzenie się z rzeczywistością zastaną kłóci się z moją naturą i nie uważam w ogóle, abym musiała zgodnie przystawać na to, czego warunków nie miałam możliwości zaakceptować lub odrzucić. Maria na takie deklaracje uśmiecha się pobłażliwie i oceniania je jako infantylne. Tylko dziecko tupnie nóżką, bo mu nie pasuje to czy tamto, ale nikt nie zważa na jego zachowanie, a już na pewno nie zmieni się naturalny i niepowstrzymany bieg rzeczy, tylko dlatego, że komuś się on nie spodobał.

Dobrze, rozumiem. Ale w tym wypadku daję sobie pełne prawo moralne bycia niezadowolonym i manifestowania tego niezadowolenia. Chociaż tyle. Więcej. Ono podtrzymuje we mnie nadzieję, że może kiedyś, choć w najmniejszym stopniu nastąpi jakaś ewolucja i będzie lepiej. Zapewne nie ja, ale już ktoś inny (podkreślam – hipotetycznie) nie odczuje dyskomfortu, jaki dziś irytuje, a nawet blokuje mnie (hamować akurat nie powinien, ale tu przyznaję, że wina jest po mojej stronie – jeszcze od tego nie umiem się uwolnić).

Wracając do kwestii mojego wyboru, on zaatakował mnie trochę z przypadku. Po bardzo ważnym okresie. Nie spodziewałam się takiej rewolucji, nie, żadnych zmian. Zwyczajnie – kilka tygodni pracy – to przecież żadne wydarzenie. Ale rzecz polegała na tym, że w tym czasie żyłam zupełnie odmiennym trybem. Poznałam inny wymiar, o istnieniu którego słyszałam, ale obcy mi i na pozór nieatrakcyjny z góry odrzucałam. Ale niejako zmuszona by go przyjąć, bez alternatywy, na tamten czas w niego wrosłam, nadal nie przewidując nic nadzwyczajnego. Od owego okresu płyną kolejne miesiące. A ja zobaczyłam, że zaczęło mi brakować prostoty, swobodnego tempa, samotności. Powrót do „mojego świata” okazał się przytłaczającym i unieszczęśliwiającym.

Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że właśnie takie życie zaplanowałam, nie dopuszczając innych rozwiązań. I przestraszyłam się. Bo – czy ja go nadal chcę? Wydaje mi się, że nie.

piątek, 21 listopada 2008

zostałam właśnie dokarmiona na okoliczność wysiłku umysłowego. przyszła bułeczka cynamonowa i mini rogalik francuski z jabłkiem (ostatni budyń w rodzinie ja przespałam). czy stopień dożywiania ma byc proporcjonalny do żądanego wysiłku?
rodzi się pytanie: w jaki sposób można wymierzyć właściwe proporcje? chyba nawet bezwzględna umiejętność obliczania średniej ważonej nie da mi nic. chyba, że istnieją propozycje odpowiednich wag jakie należało by przyjąć? rozpisuję konkurs:


poszukiwany współczynnik do przeliczania ilości dostarczonego pokarmu typu sweets na długość/intensywność pracy umysłowej
(kto nie otworzy serca nie dostanie widelca jak właśnie zauważył bezbłędnie Kazik z krążka Czterdziesty pierwszy)

toteż  przewidziano nagrodę - widelec.


o, tak a propos, napisałam wypracowanie na temat "Postać, którą podziwiasz lub wywarła największy wpływ na twoje życie". bohaterem owego uczyniłam wyżej wymienionego Kazimierza Staszewskiego, z silnym wskazaniem na pierwszą część polecenia. przyznam, że to ciekawe doświadczenie. tak myślałam o tym pisząc w Empik Junior Cafe. bardzo dobrze się czuję w tym miejscu. dałam też radę w tym krótkim czasie zwalić z półki dwa słowniki, porozmyślać nad tym, że mają teraz regały na kółkach, a kosmata wykładzina podłogowa dodaje wrażenia miękkości i obejrzeć audiobooki wybierając w myślach tego, którego chciałabym mieć (z jednoczesną świadomością, że i tak nie kupię).
przedpołudnie ma tę poważną zaletę, że nie ma jeszcze tego całego motłochu. bosz... co to będzie jak oni wszyscy zaczną kupować prezenty?!
a ja bym juz też chciała. nie dla radości obdarowywania, ale przede wszystkim przyyyjemności kupowania. ach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27